Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility
Dla nauczyciela
Artykuł

„Zależy mi na tym, żeby nauczać odpowiedzialności, aby wykształcić dobrego i empatycznego człowieka”.


Zespół CEO

Wywiad z laureatem Nagrody im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata” 2025 r.

Wywiad zachęca nauczycielki i nauczycieli, którzy utożsamiają się z postawą Adama Ejnika, laureata z 2025 roku, aby zgłaszać swoją kandydaturę do Nagrody im. Ireny Sendlerowej.

Jest pan nie tylko laureatem Nagrody im. Ireny Sendlerowej, lecz także doświadczonym nauczycielem.

Tak. Uczę od 1999 roku, w tym czasie wielu zrezygnowało, wybrali inne zawody. A ja? Muszę powiedzieć, że czerpię z tej pracy przyjemność i radość. A gdy odchodziły pierwsze roczniki w mojej karierze, to płakałem, bo tak mi było szkoda się z nimi rozstawać.

Zawsze pan uczył w podstawówce?

Zaczynałem w gimnazjum, a po reformie, kiedy nasze gimnazjum połączono z podstawówką, uczyłem w szkole podstawowej.

I co pan woli? Pracować z młodszymi czy starszymi dziećmi?

Idealnie było w gimnazjum, kiedy dzieci wkraczały w dorosłe życie. Świetnie się rozumieliśmy… Potem bylem trochę przerażony zmianą, gdy czwartoklasiści przychodzili i chcieli się do mnie przytulać, bo przełożyłem im sprawdzian. Niedawno zakończyli etap, kiedy mieli nauczycielkę-ciocię.

A jak pan widzi swoich uczniów przez te wszystkie lata. Zmienili się? Jak te czasy na nich wpływają?

Funkcjonuje takie przeświadczenie, że młodzież jest coraz gorsza. Ja tego nie dostrzegam, nie widzę jakichś wielkich zmian. Ciągle obserwuję te same dzieciaki z marzeniami, z myślami o byciu szczęśliwymi. Wydaje mi się, że nie mam problemów z tym, żeby się z nimi porozumieć. Oczywiście, gdy miałem 25 lat i zaczynałem pracę, to łatwiej było zdobyć zaufanie dzieci. Byłem nowym nauczycielem, więc byli mną zaciekawieni. Różnica wieku była niewielka. Podobnie patrzyliśmy na świat. A z czasem jest coraz trudniej. A może nie chodzi o wiek, a o to, że coraz trudniej jest ich czymś zainteresować. Przecież maja coraz więcej różnych bodźców, potrafią sobie same zorganizować czas i uważają, że to jest bardziej atrakcyjne niż to, co my im oferujemy i co proponuje szkoła. Może tu tkwi problem. Chociaż nie wiem… Może to dla nas problem, a nie dla nich. Świat obrał już pewien kierunek i to nam, dorosłym, trudniej za nim nadążać. Dla uczniów jest on naturalny.

A jak takie okoliczności wpływają na nauczycieli?

Z pewnością mamy trudniejsze zadania – musimy się doskonalić, rozwijać. Zwłaszcza pojąć, zrozumieć i poznać świat cyfrowy. Powinniśmy umieć zainteresować uczniów, sprawić, by nasze lekcje były ciekawsze. Dzieci stają się coraz bardziej wybredne, mają duże oczekiwania. Jest grupa nauczycieli, której zależy na tym, aby pociągnąć za sobą uczniów. Wchodzą w ten świat i poznają go. Rywalizują o uwagę młodzieży z tymi technologiami, nieoczywistymi algorytmami, kolorowymi i zmieniającymi się obrazkami, czy w końcu z mediami społecznościowymi.

Czy słusznie buduję sobie obraz nauczyciela-cyrkowca, który różnymi sztuczkami próbuje skupić na sobie uwagę dzieci?

Trochę tak. Ale żeby tę uwagę dostać, przede wszystkim trzeba być szczerym i mieć szczere chęci. To chyba wystarczy. Być może potrzebują też cyrkowca, ale na dłuższą metę – to by się nie udało. Nie bylibyśmy w stanie wymyślać wciąż nowych gagów, stanie na głowie wszystkich by w końcu znużyło.

To jak nie zawieść tego młodego człowieka, który ma tak duże oczekiwania?

W swoim nauczaniu wychodzę od tego, że trzeba kochać te dzieci. Od samego początku pracy, kiedy jako młody nauczyciel zmagałem się z testującą mnie wówczas młodzieżą, przyświecała mi konkluzja z badania socjologicznego przeprowadzonego w Baltimore. Profesor socjologii wraz ze studentami mieli sporządzić prognozę dotyczącą przyszłości 200 losowo wybranych młodych ludzi z tamtejszych slumsów. Wniosek był jednoznaczny – nie mają szans. Po 25 latach inny naukowiec natknął się na te badania i postanowił je dokończyć. Okazało się, że większości z tych ludzi udało się – zostali prawnikami, przedsiębiorcami, lekarzami. Zapytani o to, jak to osiągnęli, odpowiadali zgodnie: „Była pewna nauczycielka…”. Profesor dotarł do niej i zapytał, jaką metodę stosowała. Kobieta z rozbrajająca szczerością odpowiedziała: „Po prostu ich kochałam”. Wtedy pomyślałem, że taki powinien być nauczyciel. Myślę, że tak musimy patrzeć na dzieci. Kochamy je i chcemy dla nich jak najlepiej. Wtedy będzie i ta szczerość, i nie trzeba będzie stawać na głowie.

Adam Ejnik
Adam Ejnik, laureat Nagrody im. Ireny Sendlerowej w 2025 r.

Jednak to pojęcie miłości wymaga rozpakowania.

Jasne, miłość w ogóle jest trudnym pojęciem…

Dobrze, to weźmy inne pojęcia – szczęście czy nawet dobrostan w szkole.

O właśnie. Szczęście. To słowo-klucz. Nie jest moim celem, żeby się skupiać wyłącznie na nauce i wykształcić samych olimpijczyków. Chcę przede wszystkim, żeby młodzi ludzie byli szczęśliwymi ludźmi, na tym mi najbardziej zależy. Oczywiście, musimy przekazać jakąś określoną wiedzę, ale chciałbym podkreślić, że nie jest moim głównym celem, żeby uczniowie byli laureatami konkursów i zdobywcami nagród. Są inne priorytety.

Jakie?

Bardzo mi zależy na tym, żeby nauczać odpowiedzialności, żeby wykształcić dobrego i empatycznego człowieka. Tu drogowskazem jest szacunek do tego małego podopiecznego. Wskazuje, żebyśmy o tym dziecku myśleli jako o podmiocie, a nie przedmiocie naszych działań.

Ale skąd pan bierze empatię? To jest bardzo cenny zasób, który łatwo utracić.

Czasami odbieram to jako mój wielki problem. Ta empatia kosztuje… Myślę o tym, co uczniowie myślą, widzę, jak uczeń się martwi, martwię się. Współodczuwam z nim radość jak się cieszy i smutek, jak się smuci. Empatia we mnie jest i nie wiem, czy mam na to jakąś receptę, nie jestem pewny, skąd ona się bierze. Mogę domniemywać, że jest to wypadkowa napotkanych na swojej drodze ludzi, wydarzeń i sytuacji, które w moim życiu się pojawiły… i pewnie też czegoś, co gdzieś we mnie jest od początku.

Przypuszczam, że musi pan sobą jakoś zarządzać. Pewnie od tej szkoły trzeba czasem się uwolnić…

Jestem radiowcem, dziennikarzem. W pewnym okresie byłem redaktorem naczelnym miejscowej gazety. Teraz mam jeszcze inną pasję – przyrodę. To jest dla mnie coś niesamowitego, pochłaniającego. Z jednej strony jest to odskocznia od szkoły, a z drugiej – już się zastanawiam, jak w ten świat wprowadzić uczniów, żeby oni też tego zaznali. Poza tym nie przeszkadza mi, że mama uczennicy czy ucznia do mnie zadzwoni po lekcjach i zapyta, co tam u jej dziecka. Dla mnie to nie problem. Mieszanie się tych światów – zawodowego i prywatnego – w ogóle mi nie przeszkadza. Tak wygląda moje życie. Ten model zdaje u mnie egzamin. Ale wiem, że taki wzorzec nie każdemu będzie pasował.

Adam Ejnik
Adam Ejnik, nauczyciel języka polskiego w Szkole Podstawowej im. Stefana Żeromskiegow Żurominie

Tak! My sugerujemy jasne granice, zwłaszcza w kontaktach po lekcjach z rodzicami. A jeśli już mowa o rodzicach – czy oni także się zmienili?

Słyszę głosy, że rodzice są coraz gorsi, trudniejsi, że nie można się z nimi dogadać, że mają coraz większe wymagania, że wchodzą na głowę. Ale ja nie jestem dobrym przykładem, żeby to komentować. Proszę sobie wyobrazić, że przez 26 lat pracy nigdy nie zadzwonili do mnie żaden rodzic z pretensjami czy ze skargami. Naprawdę. Jestem normalnym nauczycielem, jak każdy człowiek – popełniam błędy. Nie prowadzę jakichś spotkań przy kawie, wywiadówki nie odbiegają od tych standardowych. Staram się mieć z rodzicami dobry kontakt.

Panie Adamie, ale na początku musi pan tych rodziców jakoś przygotować, ułożyć z nimi relację, żeby nie stanowili większej części pana pracy niż powinni. I jak to się dzieje?

Mieszkam i pracuję w niewielkiej miejscowości. To jest Żuromin, 9-tysięczne miasteczko. Wszyscy się znamy. Jestem tu nauczycielem, tutaj się urodziłem, moi rodzice również, byłem redaktorem naczelnym miejscowej gazety, słyszą mnie w radiu, od wielu wielu lat przemawiam podczas świąt państwowych. Chyba mamy do siebie szacunek i zaufanie. Być może gdyby było to inne miejsce, inne okoliczności, byłoby inaczej.

Wszyscy się znają…

Z pewnością tak jest, ale wydaje mi się, że to też kwestia zaufania. Bo jestem bliżej nich, znają mnie i po prostu ufają. Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałbym w tym momencie powiedzieć. Mianowicie – umiejętność popełniania błędów. Nie można się tego bać i starać się być nieomylnym. Błędy trzeba naprawiać, ale nie bać się do nich przyznawać. To wydaje się bardzo ważne i jednocześnie niezwykle trudne dla nauczycieli.

Jak dyrektorzy widzą błędy nauczycieli? Czy oni przez te lata się nie zmienili?

Miałem na swojej drodze kilkoro dyrektorów, ludzie o różnych osobowościach. Był dobry przyjaciel, spokojny, nieawanturujący się; była pani, która chodziła i podsłuchiwała pod klasami, bardzo nieufna; a także taka, która chciała wszystko zmieniać – pełna werwy i energii. A obecnie – pani Ewa. Cieszę się, że mam taką dyrektorkę. Postrzegam ją jako taką mamę, która nie tylko jest dla nauczycieli, lecz także dla dzieci. Dla wszystkich ma uśmiech i próbuje dla każdego znaleźć czas. Właśnie taki powinien być dyrektor. A podczas spotkań Sendlerowców w Warszawie poznałem kilka dyrektorek, zacząłem je obserwować na ich profilach społecznościowych. I już podpatrzyłem, że u nas można coś poprawić, robić więcej albo inaczej.

Co takiego one robią?

Wybija się tendencja do tworzenia w szkołach domowej atmosfery, żeby wszyscy czuli się dobrze. Budują szkoły przyjazne, kolorowe, z miejscami, w których można odpocząć, zrelaksować się, gdzie dzieci zostaną wysłuchane i czują się bezpiecznie. Mają również duże zaufanie do nauczycieli, nie podcinają im skrzydeł. Taki model bardzo mi się podoba – bycie blisko, bycie obecnym. Władza nie może zadzierać nosa i być wyniosła – to ją dyskwalifikuje.

Chciałby pan być dyrektorem?

Nawet proponowano mi taką funkcję. Ale logistycznie nie dałbym rady, pracuję jeszcze w radiu, tam się realizuje. Poza tym, zdecydowanie najbardziej lubię pracować z dziećmi, a sprawy organizacyjno-administracyjne mnie przerastają. Już teraz by mi się przydał ktoś do pomocy w wypełnianiu tych wszystkich karteczek czy przy uzupełnianiu dziennika.

Adam Ejnik
Adam Ejnik

Wyrasta pan ze świata nauczycielskiego, a obok tego – stał sie pan bohaterem w swoim środowisku. Zainicjował pan kampanię w reakcji na lokalny problem narkomanii wśród młodzieży.

To nie było niezwykłe. Siłą rzeczy musiałem takie rzeczy widzieć, bo jestem i nauczycielem, i dziennikarzem. Śmierć młodego człowieka w mieście to jest temat dziennikarski. Zauważyłem, że tych śmierci jest u nas za dużo. Nie mogłem pozwolić, żeby to umknęło uwadze naszej społeczności. Wiedziałem nie tylko o wszystkich zgonach, lecz także o ich powodach. Mimo że społeczeństwo czy rodzina często chcieli forsować informację o naturalnych przyczynach, to ja znałem fakty. I to nie było po prostu zatrzymanie akcji serca, zza tym stały narkotyki.

Czyli to jest o wstydzie…

Oczywiście. Rodzice często próbowali zataić prawdziwą przyczynę śmierci. Wtedy taka śmierć była mniej zauważalna dla całego społeczeństwa. A ja apelowałem, krzyczałem nagłówkami w gazecie. Ludzie czasem mieli do mnie pretensje. Uważali że szukam sensacji. Ale ja nie słuchałem. Stworzyłem cały cykl artykułów, taką kampanię antynarkotykową – „Bezpieczna młodzież”. Przeprowadzałem wywiady z matkami ofiar. One pokazywały swój ból, nie pokazywały twarzy. Ale przestrzegały i apelowały, żeby nie przegapić w życiu tego momentu, kiedy dziecko się od nas oddala, odchodzi. Chciały się podzielić tym doświadczeniem z innymi. Rozmawiałem też z narkomanami i z byłym dealerem. Były sytuacje, że chcieli mi spalić samochód, zastraszali. Ale ja nie myślałem o strachu, mam nawet wrażenie, że coś nade mną czuwa…

Czuwa? Proszę to rozwinąć.

Niewielu osobom to opowiadałem. Kiedy byłem młodym nauczycielem, miałem taką sytuację, że pojechałem z moją klasą na wycieczkę rowerową. Fajna, długa wycieczka przez las, z ogniskiem i kiełbaskami. Zatrzymaliśmy się nad rzeką, poustawialiśmy równo rowery, żeby to wyglądało imponująco. Zaczęliśmy moczyć nogi, chłopcy spytali, czy mogą się wykąpać. Mówię: „Dobra, możecie, ja tu jestem na brzegu”. I nagle patrzę, ktoś jakoś dziwnie płynie… I bez zastanowienia rzuciłem się do wody, widziałem, że chłopak się topi. I on w tym momencie złapał drugiego chłopca za szyję i razem szli na dno. Udało mi się ich rozdzielić. Jeden uratowany. A ten drugi chwycił mnie takim żelaznym uściskiem, jak to tonący, i razem opadaliśmy… W końcu udało mi się rozłączyć, wyciągnąć go na płyciznę. Wypluł wodę, otrząsnął się i powiedział: „Dziękuję”. Dziś ma tytuł naukowy doktora. Ta sytuacja pokazała mi, że w takich momentach się nie myśli, tylko działa. Ale gdyby to się inaczej potoczyło, mogło przecież dojść do tragedii, to teraz może bym wychodził z więzienia, a nie odbierał Nagrodę im. Sendlerowej…

To pan nad sobą czuwa! I mówi pan o zaangażowaniu i obecności, które do Nagrody im. Sendlerowej pana doprowadziły. Wyłoniła się nam znakomita puenta tej rozmowy. Bardzo panu dziękuję.

Dziękuję.

Adam Ejnik – absolwent filologii polskiej, laureat 19. edycji Nagrody im. Ireny Sendlerowej, nauczyciel języka polskiego w Szkole Podstawowej nr 1 w Żurominie (Mazowsze Północne). Jako jeden z pierwszych w swoim mieście zauważył, skutecznie nagłośnił i powstrzymał tragiczny w skutkach rozwój narkomanii wśród młodzieży. Pasjonat i fotograf przyrody, obserwator ptaków, dziennikarz i radiowiec.

Rozmawiał Wojciech Albiński, ekspert ds. komunikacji w zespole Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Zespół CEO

Podobne wpisy, które mogą Cię
zainteresować

Dobrostan w szkole

Dobrostan w szkole – do dzieła! Małe kroki i konkretna zmiana

Zespół CEO
Czytaj więcej
Art Thinking Deloitte

Co można zyskać, gdy sztuka staje się istotną częścią lekcji? 

Zespół CEO
Czytaj więcej
CEO, obóz młodzieżowy, 2025 r.

Uczenie o zmianie klimatu – jak to robić w sposób pozytywny (i zachęcający)?

Zespół CEO
Czytaj więcej